“Pieśń Burzy” Fanfick z Archiwum Burzowego Światła

Annaisa szybko przemierzała korytarze swojego pałacyku myśliwskiego. Lekko zachwiała się przy wejściu na galerię, gdzie oczy jej prababki obserwowały ją czujnie z ujętego z złocone ramy obrazu. Prababka była dystyngowaną damą i nie darowałaby jakichkolwiek uchybień w etykiecie. Annaisa kolejny raz przeklęła w myślach swoje wysokie obcasy, do noszenia których zmuszało ją otoczenie i poczucie obowiązku. Jak można elegancko pędzić po dusznikowanej podłodze, zachowując jednocześnie klasę i szyk? Szybko odrzuciła jednak te jałowe rozważania, miała wszak o wiele większe zmartwienia. A to czy runie jak długa na oczach swoich strażników i dawno zmarłej prababki, w tym momencie zaliczało się do jej najmniejszych zmartwień. Wdzięcznie sunęła w stronę Wielkiej Sali, a długie, zwiewne szaty łopotały za nią niczym sztandary zwiastujące bitwę. Z cichym stukotem mijała kolejne witrażowe okna, a ostatnie promienie zachodzącego słońca malowały na ścianach ciepłe wzory. Drobinki kurzu unosiły się i falowały, lekko lśniąc w powietrzu.
Wielkie dzielone drzwi, zdobione scenami myśliwskimi, nie przyciągnęły jej uwagi tak jak zwykle. Dzisiaj zajmowały w jej myślach równie odległe miejsce, co niewygodne obcasy. Po wejściu do Sali zatrzymała się jednak mimochodem. Jej wzrok padł na Grenora, który wraz z Lavienne próbował uczyć posłuszeństwa szczeniaka ostrogara miniaturowego. Radosne wrzaski wypełniały salę i odbijały się od wysokiego sufitu. Na widok stworzonka usta Annaisy zacisnęły się nieznacznie. Nie żeby miała coś przeciwko tym maluteńkim zwierzątkom domowym. Ich warunkowana rasą wierność i radosny tryb życia, dawno już zapewniły im poczesne miejsce w książęcej sforze. Chodziło o jej córkę, która bezlitośnie wykorzystywała najmniejszą słabość swojego ojca, by wymóc na nim wszystko co chciała. Oczywiście sam Grenor też powinien mieć więcej rozsądku. I zwykle go posiadał. Niestety Lavienne również posiadała pewien dar i już dawno nauczyła się go bezwzględnie wykorzystywać. Głupiec, po prostu zaślepiony głupiec.
Ruszyła w stronę ogromnego dusznikowanego kominka, który wyglądał jakby mógł pomieścić chulla w całości. Nieznacznym ruchem osłoniętej dłoni dała znać swoim strażnikom aby pozostali przy drzwiach. Grenor na jej widok natychmiast podniósł się z pytającym wyrazem twarzy. Skinęła mu głową i zapatrzyła w ciepło trzaskający ogień. Kolejny raz zamyśliła się, dlaczego nie może zdecydować się na stosowanie kryształów ciepła. Ogień był po prostu, taki… przytulny. Jak dom. Prawie jak prawdziwy dom. Z trudem powróciła do rzeczywistości, kolejne nic nie wnoszące dywagacje.
– Is, życie moje, wyglądasz na zmartwioną – Grenor stanął za jej plecami, tak blisko że poczuła bijące od niego ciepło – Spotkanie źle poszło?
– Ileria i Cenara nie pojawiły się dzisiaj. Nie mogłyśmy się z nimi skontaktować całe popołudnie. Ich łączotrzciny nie reagują – Grenor zasępił się
– Może to nic nie znaczy. Zdarzały się już nieobecności – Annaisa odwróciła się w jego stronę z niedowierzaniem na twarzy.
– Grenor, proszę Cię, te spotkania są obowiązkowe. Żadna z nas nie opuściłaby go bez ważnego powodu. I bez wcześniejszego powiadomienia kogokolwiek. A tym razem nie pojawiły się dwie jednocześnie. Pozostałe opowiadają o jakiś niepokojach w stolicy i zamieszkach źródeł których nie mogą zlokalizować. Suhara wypisywała natomiast jakieś bzdury o wielkiej burzy, co idzie ze złej strony. Podczas Płaczu! – mimowolnie wykrzywiła usta – Dlaczego u nas nic się nie dzieje? – Grenor lekko się zaczerwienił – Nie dzieje się, nieprawdaż?
– Chodzą słuchy o jakiś dziwnych bandach które atakują wsie we wschodnich prowincjach – Annaisa szeroko otwarła oczy – Atakowane wsie? A skąd te wiadomości?
– Spokojnie Is, dowiedziałem się dosłownie przed dwiema godzinami. Gavadar wrócił z patrolu, uznał że to wystarczająco ważne wieści aby przybyć tutaj osobiście – Zerknął na nią spod oka – Poza tym, bardzo chciał porozmawiać z Lav. Myślę, że to już najwyższy czas.
Pod Annaise niemalże ugięły się nogi od natłoku emocji.
– A cóż to znaczy, najwyższy czas? Człowieku, ona ma dopiero dziesięć lat. Myślałam że dostanie jeszcze przynajmniej dwa. Przecież to jeszcze dziecko – poczuła szczypanie w oczach. Jeśli się teraz rozpłaczę, to chyba się zabiję, pomyślała wciągając głęboko powietrze. – To mała dziewczynka – Grenor, jak to on, oczywiście nie dał się oszukać, uśmiechnął się lekko i wziął jej twarz w dłonie.
– Is, kochanie, wiesz dobrze, że osobiście go wykastruje jeśli w ogóle pomyśli o czymkolwiek niestosownym zanim Lav nie ukończy siedemnastu lat – wyszeptał – I on również doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Poza tym – dodał już głośniej – za kogo Ty go uważasz? To dobrze wychowany chłopak ze świetnego rodu. Doskonale wie jak traktować małe damy – Annaise prychnęła
– Ta ‘mała dama’ szybko sprawi, że zacznie sobie rwać włosy z głowy – Uśmiechnęła się jednak mimochodem i westchnęła
– Może rzeczywiście powinna już go poznać. Tak zupełnie niezobowiązująco – dodała szybko
– Zaplanowałeś coś specjalnego? Nie, zresztą nie odpowiadaj. Sama chcę z nim porozmawiać.
– Trzeba się również zastanowić co zrobimy jeśli te pogłoski o bandach są prawdziwe – zaznaczył Grenor – Jeśli to jacyś buntownicy, to koniecznie trzeba zrobić z nimi porządek. Trzeba będzie zebrać ludzi. Niestety nie mamy właściwego sprzętu, ale trzeba będzie sobie poradzić. Ale poradzimy sobie. Jak zawsze – Uśmiechnął się tym swoim specjalnym uśmiechem, przeznaczonym tylko dla niej, ale nie zmylił jej. Sarknęła w duchu, a Grenor właściwie odgadł jej skrzywioną minę. Nie dostąpił zaszczytu otrzymania ostrza. Po cóż mu odprysk, nieprawdaż? Jednemu z najlepszych szermierzy w królestwie. Wszystkie są niezbędne na strzaskanych równinach, biorąc udział w chwalebnej wojnie. Bezsensownej wojnie, toczonej od bezsensownie długiego czasu, przez bezsensownie upartego króla. I po co to wszystko? Żołnierze umierają setkami, jak to mają w zwyczaju, a bogaci arcyksiążęta robią się jeszcze bogatsi. Gdzie tu chwała dla umarłego króla? – Wszystkie te myśli przemknęły przez jej głowę z szybkością błyskawicy. Znała je dobrze, prześladowały ją już od ośmiu lat.
– Dobrze więc mężu. Zastanowimy się dzisiaj, co zrobić, jeśli stanie się najgorsze. Powiedz Gavadarowi, że będę… że będziemy, czekać przy studni – i wyszła nie czekając na odpowiedź Grenora.

Gavadar stał pod jedną z kolumn otaczających sporą, kolistą komnatę, zupełnie pustą jeśli nie liczyć wielkiej studni wyrastającej pośrodku pomieszczenia. W komnacie znajdowały się tylko dwa wyjścia, jedno prowadziło do pałacu, a drugie wychodziło na piękny, wypielęgnowany ogród. Zamiast kamiennego sufitu nad jego głową wznosiła się kopuła z grubego dusznikowanego szkła, wystarczająco mocnego aby przetrwać arcyburzę. Z trudem skupił uwagę na księżnej. Była wściekła. Sam nie wiedział co ma zrobić ze swoimi rękami, które najchętniej kurczowo zaciskałby na rękojeści miecza. Jednak w obecności księżnej takie zachowanie nie było na miejscu. Niespokojnie poruszył się pod jej spojrzeniem. Zdecydowanie nie. Annaisa zawsze miała takie przenikliwe spojrzenie. Zdawało się że te błękitne oczy potrafią zajrzeć prosto do duszy człowieka i wygrzebać z niej największe tajemnice.
– Powtórzę więc jeszcze raz. Znaleźliście zdemolowaną wieś i wielu zmarłych. Ci którzy przeżyli opowiadali historie o czerwonookich – czerwonookich! – potworach, które pojawiły się w nocy aby wymordować wszystkich. I jesteś pewien, absolutnie pewien, że byli zupełnie zdrowi na umyśle?
– Tak, Jasności. We wsi panował totalny chaos – Gavadar uważnie dobierał słowa – ludzie bezładnie wędrowali między domami, Ci którzy w ogóle byli w stanie chodzić. Historie przedstawiali różne, ale co do jednego wszyscy się zgadzali – czerwone oczy. Niestety nie udało nam się znaleźć ani jednego napastnika. Według mieszkańców gdy zrobili co zrobili, zniknęli równie szybko i bezgłośnie jak się pojawili – Annaisa wydała z siebie długie, przeciągłe westchnienie.
– Trzeba będzie wysłać do nich pomoc, Grenorze. I poszukać tych przestępców – skrzywiła się – Nie mam pojęcia co to wszystko może oznaczać, ale na pewno kłopoty. To jakiś obłęd – znowu westchnęła – Czy słyszałeś wieści o jakieś niezwykłej burzy Gavadarze?
– Nic konkretnego, Jasności. Tylko to co powtarzają wszyscy. Gwałtowna burza, z czerwonymi piorunami, nadchodząca z niewłaściwej strony i o niewłaściwym czasie.
– Dobrze – uśmiechnęła się – Nie będę Cię już dłużej męczyć w takim razie. Rozumiem, że teraz… teraz chciałbyś poznać Lavienne, czy tak? – Gavadar poczuł się jeszcze bardziej niepewnie. Zaczerwienił się mimowolnie, zły na siebie. Sądził, że jest już wystarczająco dorosły aby nie rumienić się jak nastolatek, który jeszcze nigdy nie całował się z dziewczyną. Ale Annaisa ciągle przypatrywała mu się intensywnie – To będzie dla mnie zaszczyt, Jasności, poznać Twoją córkę.
– W porządku zatem. Idź i porozmawiaj z nią, bawi się z Okruszkiem, po drugiej stronie studni – Gavadar ukłonił się i odszedł szybko, wzdychając z ulgą. Poczuł się jakby właśnie udało mu się uwolnić z pułapki na kremliki.
Lavienne była dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażał. Radosna i nieokiełznana. W lśniących, błękitnych oczach migały iskierki psoty. W ogóle nie wyglądała na zdenerwowaną, gdy do niej powoli podszedł, aby się przedstawić. Radośnie pociągnęła go ku wybudowanej z łupków cembrowinie studni. Umościła się wygodnie, uśmiechając się do niego szeroko. Gavadarowi mimowolnie zacisnęło się coś w piersi. Wygląda tak niewinnie. Niepewnie usiadł koło niej, zastanawiając się jak rozpocząć rozmowę.
– Mama powiedziała, że zostaniesz moim mężem – powiedziała odrzucając na plecy swoje czarne włosy. Gavadar znieruchomiał. Tak, to z pewnością kończyło jego rozterki o rozpoczęciu rozmowy.
– Nasi rodzice zawarli wstępny kontrakt. Postanowili że ten związek przyniesie wiele korzyści naszym rodom – Lavienne popatrzyła na niego przenikliwie, w tym już była tak podobna do swojej matki, że mimowolnie wstrzymał oddech.
– A Tobie Gavadarze podoba się ten pomysł? Że miałabym być Twoją żoną? – nawet się nie zaczerwieniła – chodzi mi, że ja mam dziesięć lat, a ty… no cóż… jesteś już stary. – Gavadar nie mógł się nie uśmiechnąć.
– Dwadzieścia lat to jeszcze nie starość. Mam nadzieję, że różnica wieku nie będzie stanowiła problemu – Lav uśmiechnęła się znowu promiennie. A on dopiero teraz zwrócił uwagę, że czule głaska trawę porastającą wnętrze studni. Trawę, która absolutnie nie reagowała na jej dotyk. Z ciekawością przyjrzał się dokładniej, a Lavienne wybuchła perlistym śmiechem.
– Też możesz jej dotknąć Gavadarze. Nie schowa się.
Niepewnie wyciągnął dłoń i dotknął trawy. To było niezwykłe doświadczenie. Trawa nie schowała się, w dotyku była chłodna i miękka. Pachniała wilgocią i czymś zielonym. Zaskoczony spojrzał na Lavienne, a ona znowu uśmiechnęła się do niego.
– To trawa z Shinovaru, dlatego jest taka dziwna – Znowu spojrzał, tym razem jeszcze mocniej zaintrygowany. Cała studnia była wypełniona czarną glebą i porośnięta bujną, zieloną trawą. Dokładnie pośrodku studni wyrastało nieznane mu, powyginane, rachityczne drzewo. Podniósł wzrok na rozpościerające się nad jego głową gałęzie. Były inne. Zupełnie inne niż te do których był przyzwyczajony. Wyciągnął dłoń i musnął jeden z wielu liści. Zakołysał się delikatnie od jego dotyku, ale zupełnie nie zareagował. Ze zdziwieniem spojrzał na swoją towarzyszkę.
– To jabłonka – znowu się uśmiechnęła – Jabłonka robi jabłka. Wiesz co to jabłka Gavadarze? – Pokręcił głową, a ona wyciągnęła rękę i wskazała na coś wśród liści. Podążył wzrokiem za tym co pokazywała i zobaczył dwie okrągłe kulki zwisające z jednej z gałęzi.
– W tym roku są tylko dwa jabłka, za mało żeby zrobić ciasto – uniósł brwi, a ona znowu się roześmiała. Czy ta dziewczyna cały czas musi się tak uśmiechać? Zatykało go za każdym razem – Mama mówi, że jabłonka nie może rosnąć dobrze w takich warunkach. Mimo to robimy co się da, aby ją utrzymać w jak najlepszej kondycji. Pewnie wolałaby świeże powietrze. Niestety nie przetrwałaby najłagodniejszej burzy.
– Skąd trawa i jabłonka z Shinovaru wzięły się z Alethkarze?
– To taka obietnica moich rodziców – powiedziała znowu spoglądając mu prosto w oczy – Rodzice, jeszcze zanim się pobrali odbyli podróż do Babatharnamu. Tam, podczas wizyty w jednej z gospód poczęstowano ich ciastem z jabłkami, takim jakie robią tylko w Shinovarze. Mojej mamie tak zasmakowało, że po ślubie tata kazał sprowadzić z Shinovaru kilka wozów ziemi, nasiona trawy i malutką jabłonkę – trajkotała radośnie – Posadzili ją tutaj, wypełniając całą studnie ziemią i wysiewając trawę. Drzewko się przyjęło, mimo niezbyt sprzyjających warunków. Od paru lat udaje się zbierać z niej jabłka, z których robią ciasto na rocznicę swojego ślubu – znowu się uśmiechnęła.
– Przyniósłbyś mi drzewko z drugiego końca świata, Gavadarze, gdybym Cię poprosiła? – coś go zakuło w piersi, emanując i schodząc do żołądka.
– Przyniósłbym Ci gwiazdę z nieba, jeślibyś tylko o nią poprosiła – Wielkie oczy rozszerzyły się i Lavienne naprawdę się zarumieniła, spuszczając oczy.
– Jeśli chcesz Gavadarze, mogę dla Ciebie zaśpiewać – uśmiechnęła się nieśmiało, spoglądając na niego spod firanki rzęs – Chciałbyś?
– Bardzo bym chciał usłyszeć jak śpiewasz – powiedział, po czym zmarszczył brwi. Ta rozmowa wcale nie przebiegała tak jak to sobie wyobrażał. Dlaczego odnosił wrażenie że dziesięcioletnia dziewczynka, robi sobie z nim co chce? Jednak gdy Lavienne zaczęła śpiewać wszystkie myśli wyparowały z jego głowy.
Była to bardzo dziwna melodia, bez słów. Wznoszące się i opadające mruczenie, wślizgujące się do umysłu i drażniące wszystkie wrażliwe punkty w mózgu. Zakręciło mu się w głowie, a wszystkie włoski na ciele zjeżyły się. Odniósł wrażenie, że czuje na skórze powiew wiatru, poczuł zapach ziemi, a na języku rozlał się dziwny smak, jakby ciepły, bogaty szlam z rzeki, ze starożytnych, nagrzanych słońcem lasów. Jak zaklęty wpatrywał się w Lavienne która z zamkniętymi oczami nuciła swoją piosenkę. Przedziwne, mieniące się spreny unosiły się wokół jej głowy. Nigdy wcześniej takich nie widział, wyglądały jak małe, wirujące szybko pręciki. Jego oczy same się zamknęły, a umysł pozwolił porwać niesamowitej melodii. Nie wiedział jak długo to trwało, ale otworzył oczy dopiero gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki. Gdy powoli dochodził do siebie, zobaczył że wszyscy w komnacie patrzą na nich. Grenor uśmiechał się pod nosem, a Annaisa z błyszczącymi oczami wpatrywała się w córkę.
– Wystarczy już Lavienne – powiedziała głośno księżna – bo inaczej zupełnie opętasz biednego Gavadara. Weź Okruszka i idziemy na lekcje poezji – Lav skrzywiła się i już chciała zaprotestować – Bez dyskusji. Jestem pewna, że Gavadar musi złapać oddech. Twój ojciec ma do niego jeszcze kilka pytań.
Lavienne zręcznie zeskoczyła z murku i przytuliła do piersi małego szczeniaczka, który cały czas grzecznie siedział u jego stóp. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało i popędziła do matki. Gavadar nie mógł oderwać od niej wzroku, dopóki nie wyszła z matką przez główne wejście. Wzdrygnął się gdy zauważył że Grenor stoi tuż obok i patrzy na niego bez słowa. W jego oczach zobaczył rozbawienie i błysk czegoś jeszcze… Współczucie? Litość? Nie, na pewno mu się przywidziało.
– Chodź Gavadarze, pójdziemy się przewietrzyć. Pokażę Ci resztę naszej posiadłości. Handlarze sprowadzili kilka wozów z Parshmenami i zastanawiam się co teraz powinienem z nimi zrobić – położył mu rękę na ramieniu i delikatnie pociągnął w stronę wyjścia.

Grenor oprowadzał swojego przyszłego zięcia po posiadłości. Gavadar był bystry i zadawał właściwe pytania. Jako najmłodszy syn, w swojej rodzinie nie mógł liczyć na szczególne względy. Dlatego zawsze starał się robić wszystko jak najlepiej, jakby własnym zachowaniem chciał wypracować swoją pozycję. Był to główny powód dla którego zwrócili na niego szczególną uwagę. Chłopak miał perspektywy i wizje. I otwarty umysł. Teraz też, uważnie go słuchał, co jakiś czas tylko przeczesując palcami krótkie, ciemne włosy. Ciągle wyglądał na lekko oszołomionego. Grenor nie dziwił mu się wcale, Lav miała już taki wpływ na ludzi. W końcu wyszli z głównego budynku i skierowali się w stronę zagród dla Parshmenów. Były to przestronne, dusznikowane z kamienia budynki, każdy składający się z jednego dużego, wkopanego w ziemię pomieszczenia. Parshmeni stali w środku, ściśnięci, ale żaden nie protestował. Nigdy nie protestowali.
– Zwykle nie trzymamy ich w takim ścisku – wyjaśnił Gavadarowi – jednak ostatnia dostawa była większa niż przewidzieliśmy. Jutro odsyłamy ich w dalszą drogę. Gavadar z ciekawością przyglądał się Parshmenom.
– Ciekawy jestem czy te istoty w ogóle porozumiewają się między sobą w jakikolwiek głębszy sposób – Grenor sam często się nad tym zastanawiał. Parshmeni byli tu zawsze. Ten pałacyk jako jedyna w okolicy bezpieczna przystań i punkt przesiadkowy, często gościł handlarzy i kupców z całego świata. Byli towarem, tak samo jak delikatna ceramika z Aziru czy egzotyczne owoce w Wysp Reshi.
– Tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Są jacy są, jacy zawsze byli. Nawet jeśli porozumiewają się jakoś, leży to poza naszym zrozumieniem – Parshmeni stali lub bezładnie przemieszczali się po pomieszczeniu. Żaden nie próbował wyjść na zewnątrz. Zawsze mnie niepokoili. Co z nimi jest nie tak? Nawet kremlik próbowałby ucieczki jakby zamknąć go w klatce – Moglibyśmy zostawić ich tak samych, bez straży, a i tak żaden by nie uciekał.
Grenor uniósł głowę gdy niespodziewanie dobiegł go głuchy pomruk, bardziej poczuł go w ciele niż usłyszał. Spojrzał na Gavadara i zorientował się, że on też to zauważył. Jakby odległy grzmot. Wyszli przed zagrody i rozglądnęli się po rozległej równinie otaczającej zamieszkany kompleks. Była już noc, a nad nimi rozciągał się nieskończony gobelin utkany z lśniących gwiazd. Panowała zupełna cisza, umilkły wszystkie nocne stworzenia, wiatr ucichł, jakby sama ziemia wstrzymała oddech. W oczekiwaniu.
W tej niesamowitej ciszy dźwięk rozległ się ponownie, tym razem wyraźniejszy. Dobiegał z północy. Jednocześnie spojrzeli w tamtym kierunku. W ciemnościach niewiele było widać, jednak na horyzoncie niebo wydawało się być czarne jak sadza. Dokładnie w momencie gdy to zauważyli, głęboką ciemność przeszyła szkarłatna błyskawica. Grenor poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. Burza. Na którą kompletnie nie są przygotowani. W rozszerzonych źrenicach Gavadara zobaczył ten sam strach, który niewątpliwie malował się w jego oczach. Nie wahał się jednak ani chwili i pobiegł, wykrzykując rozkazy. Wysłał swojego przybocznego strażnika, aby ostrzegł Annaisę. Musiała pomóc w ukryciu ludzi, zapewnić im jak największe bezpieczeństwo. On musiał zająć się tymi którzy wciąż pozostawali na zewnątrz. Nie mieli wiele czasu. Ciemność galopowała po niebie, błyskawicznie pochłaniając gwiazdy. Grzmot wzmagał się, stawał się coraz silniejszy. Starał się zapanować nad paniką która powoli rodziła się wśród ludzi.
Pierwszy podmuch prawie powalił go na kolana. Od razu zauważył że ta burza jest inna. Nie nadchodziła w postaci niszczycielskiej ściany, ale wzmagała się i potężniała z chwili na chwilę. Na zewnątrz wciąż znajdowało się zbyt wielu ludzi. W oddali zauważył parę, młodego chłopaka i dziewczynę, biegnących w panice w kierunku posiadłości. Ojciec Burz raczył wiedzieć co oni robili tak daleko od pałacu w nocy. Dziewczyna potykała się co chwila, a chłopak podnosił ją z ziemi. Zaklął pod nosem. Poznał ją. To Cif, ciemnooka pomoc kuchenna.
Pierwsza błyskawica uderzyła tak blisko, że poczuł gorący podmuch. Zamrugał powiekami aby jak najszybciej pozbyć się powidoku. Ruszył w stronę pary, zdając sobie sprawę że nie uda mu się wrócić do pałacu zanim burza rozpęta się na dobre. Zanim do nich dotarł uderzyły w niego pierwsze, ciężkie krople deszczu. Nie zastanawiając się długo zarzucił sobie dziewczynę na ramię, jak worek z korzennikami i pobiegł w stronę zagród. Zaskrzeczała w sprzeciwie, ale nie przejmował się tym zbytnio. To nie był czas na romantyzm. Chłopak popędził za nimi. Rozpętało się szaleństwo, wiatr niemalże zwalał go z nóg. Resztką sił dotarł do pierwszej zagrody, Gavadar przytrzymał mu drzwi. Dopiero teraz zauważył że cały czas mu towarzyszył. Wpadli do środka i opuścili zasuwę blokującą drzwi. Odcięli się od huku burzy, otoczyła ich ciemność i zaduch. Stali koło siebie rozpaczliwie próbując złapać oddech. Na zewnątrz rozpętało się piekło, pioruny uderzały w ziemie raz po raz, burza wyrywała kamienie i ciskała je dookoła, niczym szalony gigant, który postanowił zniszczyć świat.
– Cóż – powiedział Grenor – teraz przynajmniej wiemy że plotki o burzy są prawdziwe. Odpowiedział mu nerwowy chichot dziewczyny. Chyba była na skraju wyczerpania, tak strasznie dyszała. Grenor sięgnął do kieszeni i wyłowił garść kul. Wrzucił je do szklanego pojemnika znajdującego się nieopodal wejścia. Łagodny blask rozjaśnił nieprzeniknione ciemności. Popatrzył po swoich towarzyszach. Stanowili żałosny widok, przemoczeni i czerwoni z wysiłku. Pomyślał że sam pewnie nie wygląda lepiej.
– Chyba czeka nas długa noc. Lepiej znajdźmy sobie jakieś w miarę wygodne miejsce – rozglądnął się po wnętrzu.
– Hmm, Panie? – głos chłopaka – co oni robią? – podążył za jego spojrzeniem i aż się wzdrygnął. Wszyscy Parshmeni oświetleni delikatnym blaskiem kul, stali w absolutnym bezruchu, prawie nie oddychając, tępo wpatrując się w sufit. Było coś tak niepokojącego w ich zachowaniu, że poczuł dreszcz na karku. W pobliżu uderzyła błyskawica i dosłownie na jego oczach ślepia jednego z Parshmenów rozpaliły się na czerwono. Zimno ześlizgnęło się wzdłuż jego kręgosłupa. Parshmen opuścił wzrok i spojrzał prosto na niego, prosto w jego oczy, wydając z siebie melodyjny dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszał u żadnej istoty. Dopiero gdy uderzył plecami w drzwi, zorientował się że cały czas się cofał.
– Panie? – w głosie chłopaka brzmiał strach. Nim Grenor zdołał cokolwiek odpowiedzieć, rozpaliły się kolejne szkarłatne ślepia, potem kolejne. Zanim zdążył zebrać myśli, z powodu właśnie rozpadających się fundamentów jego świata, przez Parshmenów przebiegła fala. Zmieniali się wszyscy jednocześnie. Dziwne dysharmoniczne dźwięki wypełniły ciszę.
– Ani drgnijcie. Nawet nie oddychajcie, jeśli nie musicie – szepnął, a coraz głośniejsza, drażniąca pieśń Parshmenów raniła jego uszy. Jeden z nich wygramolił się z dołu i zmrużył ślepia, patrząc na nich. Następni zaczęli powoli wychodzić na zewnątrz. Dziewczyna załkała, a on zrozumiał że zaraz umrze. Umrze tutaj jeśli nie opuszczą tego miejsca natychmiast.
– Wychodzimy, powoli – zarządził – wolę zginąć w burzy, niż z rąk tych tutaj.
Gavadar puścił rękojeść miecza, którą kurczowo ściskał i uniósł zasuwę, starając się wykonywać jak najmniej ruchów. Potężny podmuch wepchnął wrota do środka, sprawiając że zarówno oni, jak i Parshmeni upadli na kolana.
– Biegiem. Do pałacu – krzyknął tak głośno jak się dało, próbując przekrzyczeć łoskot burzy. Na zewnątrz panował absolutny chaos. Błyskawice biły raz po raz, wzniecając małe pożary i wyrywając z ziemi kamienie, huragan unosił je i ciskał dookoła. Ale nie mieli wyjścia, naprawdę nie mieli. Starając się utrzymać na ziemi skierowali się w stronę głównego wejścia do pałacu. Gavadar musiał złapać dziewczynę, kiedy mocny podmuch niemal wyrzucił ją w powietrze. Zanim dotarli do wejścia byli już poszarpani i zakrwawieni. Grenor musiał nieść chłopaka, który stracił przytomność uderzony kamieniem. Zanurzyli się w wysoki tunel prowadzący do głównych wrót. Odwrócił się i spojrzał na zagrody. Dziesiątki Parshmenów wylewały się na zewnątrz, wyłamując podwoje prowadzące do tymczasowych schronień. Szkarłatne oczy połyskiwały w ciemnościach. Nie zwracając uwagi na otaczające ich szaleństwo, ruszyli w ich stronę.
– Do środka – krzyknął. Na szczęście straż momentalnie otworzyła im drzwi, wpadli do środka – Zabarykadować drzwi.
– Panie, co się dzieje? – Nagar, młody ciemnooki strażnik. Zaczął służbę dopiero w zeszłym roku.
– To Parshmeni. Burza zamieniła ich w jakieś czerwonookie stwory – Nikt się nie roześmiał. Grenor popatrzył po otaczających go ludziach. Handlarze, straż kupiecka, służba. Ledwo kilku wartowników z pałacu. Oto cała jego armia, nieuzbrojona, niedoświadczona i przerażona. Ale nie miał nikogo innego.
– Gdzie księżna? – zapytał
– Organizuje ludzi i pomaga w zabezpieczaniu pałacu przed burzą. Też pytała o Ciebie Panie – Grenor zastanowił się czy jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy.
– Nie mamy dokąd uciec, jesteśmy zamknięci w tym pałacu. Naszą jedyną nadzieją jest, że uda nam się nie wpuścić ich do środka. Są ich setki – Jakby w odpowiedzi na to oświadczenie coś załomotało w główne wrota. Grenor widział jak odwaga wycieka z otaczających go ludzi, strachospreny zaczęły przenikać przez podłoże. Nie mógł na to pozwolić. Jeśli spanikują, te istoty wedrą się tu i wyłapią wszystkich po kolei.
– Weźcie się w garść. To nie czas na panikę – starał się mówić spokojnie, chociaż strach już wyciągał w jego stronę pazury. Zdawał sobie sprawę, że jeśli go okaże, resztka odwagi jaką jeszcze posiadali Ci ludzie, rozwieje się jak mgła w promieniach słońca.
– Przynieście tutaj wszystko co znajdziecie, stoły, krzesła, ławy, wszystko z czego można zrobić barykady. Nie mamy czasu – dzięki Kalakowi, nie ociągali się i tracili czasu na głupie pytania. W ciągu paru chwil pod wrotami udało się ustawić prowizoryczną tamę. Łomotanie w bramę nasilało się.
– Tutaj ustawi się pierwszy krąg obrońców, jeśli jednak się przedrą. Reszta idzie dalej i ustawia dalsze barykady w kolejnych korytarzach – zaskakująco sprawnie współpracowali. Grenor pozwolił sobie na moment zadumy, czy to Ci sami ludzie którzy jeszcze parę godzin temu wykłócali między sobą o każdą jedną kulę? Jego uwagę przykuł wyjątkowo silny wstrząs. Błyskawica? Uderzyła w bramę? Po niej następna. Nieregularny łomot wstrząsał całą bramą. Zaczęła trząść się w futrynie, rozgrzewała się już do czerwoności.
– To oni Panie. Potrafią wytwarzać pioruny – Grenor sam się tego domyślił. Znów spojrzał na swoich ludzi – Nie uciekamy. Damy pozostałym czas na przygotowanie obrony.
Przy akompaniamencie ogłuszającego łomotu wrota pękły i załamały się do środka. Wraz w burzowym wiatrem do środka wpadła czerwonooka śmierć. Barykada powstrzymała ich tylko na chwilę. Są tacy silni. Co z nas za głupcy! Jak mogliśmy tego nie zauważyć?
Kolejne chwile zamazywały się w umyśle Grenora. Czas rozciągał się i kurczył. Nie wiedział czy minęły dopiero minuty czy już godziny. Jego miecz był cały we krwi. Gavadara również. Nigdy by nie pomyślał, że taki z niego zręczny wojownik. Taki młody chłopak.
Mimo zażartej walki o każdą piędź pałacu ciągle byli spychani głębiej. Nie byli w stanie bronić się przed błyskawicami które uderzały nadzwyczaj celnie i podpalały wszystko na swojej drodze. Grenor nie miał nawet czasu odczuć żalu. Nie mieli szans. Furia tych istot była niesamowita, tak jakby nagle próbowali powetować sobie wszystkie te lata, przez które ich rasa była poniżana i wykorzystywana. Udało im się oddalić od napastników i Grenor próbował przeorganizować obrońców. Niewielu ich już zostało. Gavadar cały czas trwał przy nim, a Grenorowi kolejny raz przyszło do głowy, że już dawno powinien odesłać go do Annaise i Lav. Ale gdy na niego spojrzał zdał sobie sprawę, że bez względu na to jakie argumenty przedstawi, chłopak go nie zostawi.
Rozległ się trzask i miał tylko ułamek sekundy aby zorientować się, że za jego plecami stoi jeden z parshmenów. Odwrócił się błyskawicznie i poczuł tępe uderzenie w brzuch, odrzuciło go do tyłu i razem z drzwiami wpadł do pustej komnaty. Chyba stracił na moment przytomność, bo gdy ją odzyskał zorientował się że leży na plecach i wpatruje w kryty kasetonami sufit. Wszędzie unosił się smród spalonego mięsa. Nie czuł bólu, właściwie nic nie czuł. I nie mógł się poruszyć. Z trudem udało mu się unieść ręce, były szkarłatne. Jego krew, ciepła i lepka. Twarz i pierś pokrywało mu coś miękkiego i gorącego. Wnętrzności? Przykrywały go własne wnętrzności? Gavadar przypadł do jego boku. W jego przerażonych oczach ujrzał prawdę. Wpatrywał się w niego, próbując zrozumieć co mówi, ale świadomość odlatywała w kierunku ciemności. Słowa rozpływały się w nicości. Jakby znajdowali się po dwóch różnych stronach oceanu. Widział już śmierć, czaiła się w cieniach jego umysłu. Ale musiał, musiał to powiedzieć. Usta powoli próbowały wyartykułować pierwsze słowo.
– Gav… Gavadarze. Musisz… znaleźć Lav. Jeśli Ann…, jeśli mojej żonie nie udało się, będziesz ostatnią… ostatnią osobą której może zaufać. Będzie księżną… dziesięcioletnią… księżną. W Kholinarze ją zniszczą – poczuł gorące łzy. Bezsensowne łzy. Poczuł jak ciemność zamyka się nad nim – Obiecaj, obiecaj Gavadarze. Zaopiekujesz się nią – Resztką sił udało mu się skupić na chłopaku, jego oczy były pełne łez. Ale musiał to od niego usłyszeć – Przysięgnij.
– Przysięgam Panie. Przysięgam na mój honor i honor mojego domu. Będę ją chronił do ostatniego uderzenia serca – Grenor ostatkiem sił spróbował się jeszcze uśmiechnąć. Dobrze wybrali. Cisza i ciemność zamknęły się nad nim.

Lavienne dobrze wiedziała w którym momencie wszystko zaczęło iść źle. Wieczór i spotkanie z Gavadarem wprawiły ją w radosny nastrój. Na tyle, aby zaskoczyć guwernantkę i wyrecytować z pamięci cały poemat o Śmigłym. Gavadar bardzo jej się spodobał, był poważny, ale bardzo miły. Rozśmieszał ją. W niczym nie przypominał tych głupich chłopaków, którzy zawsze kręcili się koło taty i durnowato cieszyli ze wszystkiego co do nich mówiła. I wydawało się że naprawdę ją lubi. Pierwszy raz odkąd mama poinformowała ją o kontrakcie, pomyślała że może nie będzie tak źle. Może Gavadar okaże się księciem z bajki, będzie ją nosił na rękach, jak tata mamę. Zwiedzi z nią świat, będzie kupował biżuterię i sukienki. Tak, przyszłość Lavienne zaczynała się malować w różowych barwach.
A potem nadeszła burza. Dobrze pamiętała ten strach, który powoli rodził się wśród ludzi. Sama starała się go nie okazywać, tak jak matka. Uważnie ją obserwowała, jak dyryguje służbą, jak spokojnie wydaje rozkazy. Wszyscy jej słuchali, nikt nie wpadał w panikę. Lavienne była taka dumna, że to jej mama. Patrząc na nią wierzyła, że wszystko będzie dobrze.
A potem do zabezpieczonych komnat wpadł Gavadar, cały pokryty sadzą i zlany krwią. Wtedy świat się zawalił. Nie podszedł do matki, stał tylko i na nią patrzył. A ona patrzyła tylko na niego. Tak jakby reszta świata przestała dla nich istnieć. I widziała jak w oczach matki rozbłyska zrozumienie, mimo że Gavadar nie wypowiedział ani jednego słowa. I jej krzyk. Tak rozpaczliwy i wibrujący, raniący duszę. Będzie go słyszeć do końca swojego życia.
Potem jej pamięć rejestrowała już tylko wycinki rzeczywistości. Pojawienie się znikąd rozwścieczonych parshmenów o czerwonych oczach. Guwernantka upadająca na ziemie z wielką, wypaloną w piersi dziurą. Jej oczy, takie szkliste i bez wyrazu. Martwa. Gavadar próbujący bronić wejścia do komnaty. Matka, z martwymi oczami, wpatrująca się w pustkę. Przerażenie i rozpaczliwe krzyki służby, strażnicy, ludzie których znała całe życie. Wszyscy krzyczeli i umierali. Krew płynąca po posadzce. Tryskająca na ściany. Taka czerwona. I ogień pojawiający się znikąd. Zachowujący się jakby żył własnym życiem. Przeskakujący z mebla na mebel. Wszędzie unosił się zapach tłustego, czarnego dymu.
Zobaczyła matkę w kierunku której zmierzało dwóch parshmenów. A ona tylko patrzyła na nich. Wyciągnęła dłonie w ich stronę jakby były tarczą. Tak jakby jej ręce mogły ją przed nimi ochronić. Upadła na ziemię, a jej czarne włosy rozsypały wokół niej niczym całun. Oczy zachodzące mgłą – Zaśpiewaj Lavienne. Dla mnie – to były jej ostatnie słowa. Ale ona nie mogła. Żaden dźwięk nie chciał przejść przez jej gardło, zacisnęła się na nim niewidzialna pięść, nie mogła oddychać. Gavadar mówił coś do niej, ale ona go nie słyszała. Trzymała rękę matki i nie zamierzała puścić. Nie wypuści z dłoni ostatnich skrawków swojego życia.
– Chodź Lavienne. Puść. Ona już odeszła – Lav spojrzała na matkę i zrozumiała że to prawda. Oczy pusto wpatrywały się w nicość. Ale ona nie mogła odejść. Jeszcze nie. Musiała zaśpiewać dla matki, ten jeden ostatni raz. Chociażby miała tu spłonąć razem z nią. Zamknęła oczy, przełykając łzy. Odcięła się od świata, od życia, od śmierci.
I pieśń popłynęła.
Niczym bryza wślizgnęła się do komnaty, przynosząc wspomnienie ciepłego letniego dnia. W ustach poczuła słodki smak jabłkowego ciasta. Pieśń narastała, robiła się coraz gwałtowniejsza. Jej głos dudnił w komnacie i łączył się z szalejącą na zewnątrz burzą. Pieśń, niczym grzmot i ogień spływający z nieba. Wstała i popatrzyła na Gavadara. Nawet na chwilę nie puścił jej ręki. Pieśń rozbrzmiewała w umierającym pałacu, rezonowała echem i wracała, łącząc się ponownie z jej duszą. Pociągnął ją za sobą na korytarz, a ona nie odwróciła głowy. Wiedziała, że już nigdy nie zobaczy matki. Biegli korytarzami w rytm jej szalonej pieśni. Śpiewała i patrzyła jak płonie jej dom, obrazy na ścianach i warte tysięcy kul meble i dywany. Parshmeni ich nie dostrzegali. Rozglądali się gdy ich mijali, ale pieśń czyniła ich niewidzialnymi. Nie zastanawiała się nad tym, śpiewała tak jakby już nigdy nie miała przestać. Śpiewała i łkała nad tym wszystkim co kiedyś było nią, wszystkim co właśnie umierało.
Przebiegli zniszczoną galerią zasypaną tysiącami kolorowych szkiełek. Wiatr szalał i ciskał dookoła lodowate krople deszczu. Lavienne zatrzymała się gwałtownie gdy ujrzała w płomieniach znajomą twarz. Oczy przyglądały się jej tak surowo. Pieśń odeszła niezauważenie. A Lavienne stała i wpatrywała się w płonący portret swojej prababki. Farba łuszczyła się i odpadała grubymi płatami. Te oczy, takie srogie i oceniające, wpatrywały się w nią zza zasłony ognia. Z wyrzutem. Gavadar popatrzył na nią z przestrachem, a ona uzmysłowiła sobie że przestała śpiewać. Cała uwaga parshmenów nagle skupiła się na nich. Gavadar otworzył usta aby krzyknąć gdy między nimi eksplodowała błyskawica. Poczuła jak jego ręka wymyka się z jej dłoni. Potoczyła się po szklanych odłamkach, kalecząc twarz i ciało. Pierwotny strach znowu ścisnął jej gardło. Niezgrabnie podniosła się na nogi i rozglądnęła w panice. Wśród dymu i ognia nigdzie nie mogła go dostrzec. Gdzie on jest? Jeden z parshmenów ruszył w jej stronę a ona rzuciła się do szalonej ucieczki. Na oślep, byle jak najdalej od nich.
Biegła i nie oglądała się za siebie, aby nie tracić cennych sekund. Ale słyszała że podążają za nią. Wpadła do okrągłej komnaty. Na środku stało drzewo. Płonęło. Ogień pożerał łapczywie kolejne gałęzie, posyłając w powietrze grube płaty czarnej sadzy. Iskry lśniące niczym maleńkie ogniste spreny, krążyły nad jabłonką w szalonym tańcu i znikały w ciemnych oparach zgromadzonych pod kopułą. Drzewo drżało i trzeszczało jakby protestowało przeciwko swojemu losowi. Lavienne przebiegła obok niego czując na twarzy gorący podmuch. Wpadła do ogrodu matki. Deszcz wciąż padał, ale wicher nie był już tak gwałtowny. Burza przemijała. Wspięła się po murku z łupkokory otaczającym ogród. Zdarła do krwi skórę na dłoniach i kolanach, zobaczyła wokół siebie bólospreny, ale nie poczuła bólu. Zastanawiała się czy jeszcze kiedykolwiek poczuje cokolwiek innego, poza strachem. Była już prawie na szczycie gdy usłyszała pełne przerażenia skamlenie. Spojrzała w dół i zobaczyła Okruszka, siedział u stóp muru i patrzył na nią ze strachem w oczach. Był z nią cały czas, czy chował się w ogrodzie? Nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Nie mogła go zostawić. Niezgrabnie zeskoczyła z powrotem, prawie skręcając kostkę. Wepchnęła szczeniaka za dekolt sukni i nie zastanawiając się dłużej, ponownie wspięła na mur. Siadła na jego szczycie i spojrzała na ogród, w jej stronę biegło czterech parshmenów. Przeskoczyła na drugą stronę, nawet nie myśląc o tym, że może złamać nogę. Pobiegła przed siebie. W ciemność. Dzisiaj była jej sprzymierzeńcem.
Lav podciągnęła się z trudem i wcisnęła do środka wielkiego, beczkowatego skałopąka. Było jej wszystko jedno czy skałopąk ją zje, gdy ona będzie w środku. Wszystko było lepsze od wpadnięcia w łapy czerwonookich potworów. Była taka mała i chudziutka, że bez problemu ukryła się przed ścigającymi ją napastnikami. Słyszała jak się kręcą, mijając jej kryjówkę, ciągle wydając z siebie te dziwne, dysharmoniczne dźwięki. Przytuliła mocno szczeniaka, który ze strachu również nie wydawał żadnych odgłosów. Może rozumiał, że teraz każdy szmer oznacza śmierć. Zamarła w bezruchu, starając się histerycznie nie łkać. Jej umysł nie był w stanie objąć tego co się wydarzyło w przeciągu ostatnich paru godzin. Leżała długo, nawet po tym gdy przestała ich słyszeć. Ciągle bała się poruszyć. A jeśli jeden z nich czai się pod skałopąkiem i tylko czeka aż ona wyjdzie? Leżała w bezruchu, aż w końcu ze zmęczenia i skrajnego strachu odpłynęła w niespokojny sen.
Obudził ją skałopąk który niecierpliwie poruszał się wokół niej. Jakby chciał już pozbyć się tego ciężaru, który niespodziewanie zagnieździł się w jego wnętrzu. Lav spojrzała do góry i ujrzała jasne, bezchmurne niebo. Przez chwilę nie była w stanie przypomnieć sobie gdzie jest i co się stało. Świadomość runęła na nią, wyrywając z jej piersi cichy skowyt. Okruszek obudził się i zaczął wiercić niespokojnie. Ostrożnie uniosła się i spojrzała ponad krawędzią skorupy w której znalazła schronienie. Nic, cisza. Promienie porannego słońca lśniły w milionach kropel pokrywających skałopąki, niczym rozsypane diamenty. Poraził ją blask odbijający się w kałużach. Wygramoliła się na zewnątrz i puściła ostrogara, który miał już dość trzymania na rękach.
Z zaciśniętym gardłem odwróciła się w stronę pałacu, a raczej tego co kiedyś nim było. Dym wciąż wydobywał się z wnętrza posiadłości, nawet z tak daleka widziała że jasny kamień pokrywa sadza i ciemne smugi. Wyglądał jak wytrawiona w ogniu czaszka, martwa i przerażająca. Głucha cisza rozbrzmiewała w jej uszach. Czy komukolwiek jeszcze udało się przeżyć? Nie widziała żadnego ruchu. Nic. Wiedziała jednak że nie będzie w stanie wrócić tam i sprawdzić. Nie będzie.
Popatrzyła na Okruszka który radośnie podskakiwał, rozchlapując kałuże. Nie wiedział nic. Nic nie rozumiał. Nie zdawał sobie sprawy, że świat się właśnie skończył. Lavienne wzięła głęboki oddech, potem kolejny. Odwróciła się plecami do pałacu i powłócząc nogami ruszyła do przodu. Nie miała pojęcia dokąd idzie ani po co. Nie obchodziło jej to. Już nie. Kątem oka dojrzała przeźroczysty kształt spoczywający na pobliskim kamieniu. Wydał z siebie miękki dźwięk, jakby wiatr poruszył garść szklanych dzwoneczków. Delikatny. Łagody. Dzisiaj zdawał się promieniować smutkiem, jakby ronił łzy. Odwróciła wzrok. Nie będzie płakać. Już nie. Powlekła się przed siebie.

Wiedziała, że dzwoneczki podążą za nią.

 

Autor: Amyrlin

Tekst został nagrodzony w konkursie organizowanym na stronie Droga Królów.

Obrazek wyróżniający: CC0 Mengliu Di

5 1 głos
Oceń artykuł
Najpopularniejsze wpisy ֍֎֍
Symbolika zwierząt
Sezon 1 (Serial TV)
Josha Stradowski
Westland
Rand al'Thor
☙ S Ł O W N I K ❧
Ads
Archiwum wpisów
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne
Zobacz wszystkie komentarze
0
Skomentuj, chcemy wiedzieć co myślisz...x